czwartek, 21 grudnia 2017

Spokoju, nie tylko od święta.

Chciałabym życzyć Wam (no i sobie też!) parę ważnych rzeczy na koniec tego roku i na cały kolejny. Moje życzenia w tekście mówionym zazwyczaj ograniczają się do formułki 'zdrowia, szczęścia, pomyślności i wiele radości', dlatego w pisanym nieco bardziej się postaram, a co mi tam!

No więc przede wszystkim życzę nam spokoju, bo za spokojem w głowie, w sercu i wokół stoi wszystko inne. Żebyśmy w tych szalonych czasach potrafili wyłączyć i odciąć się od świata zewnętrznego, choćby na chwilę - założę się że wśród 7.5 miliarda ludzi na ziemi nie ma osoby, która by tego czasem nie potrzebowała.
Bądźmy dla siebie bardziej wyrozumiali, bo zdarza nam się zapominać że jesteśmy tylko (aż) ludźmi i mamy prawo do słabości, z czegokolwiek by one nie wynikały. Chodakowska i Lewandowska też tak czasem mają, że nawet milion cytatów motywacyjnych im nie pomoże - zapewniam. Tak samo jak wszystkie inne idealne postacie z Internetu.
Zadbajmy o to, żeby siebie w pełni akceptować i kochać, bo dopiero wtedy będziemy w stanie dawać od siebie innym znacznie więcej. Wewnętrzną frustrację zamknijmy w 2017, bo jej destrukcyjne działanie nie pomoże nam w budowaniu szczęścia w następnych latach.
Nie bójmy się zmian - w większości przypadków zmiany wychodzą na lepsze, czegokolwiek by one nie dotyczyły.
Korzystajmy z szans, ale nie miejmy oporów z mówieniem 'nie' - dla zdrowia i komfortu psychicznego. Presja społeczeństwa, tempo życia, ilość bodźców zewnętrznych skutecznie nam ten komfort odbierają, dlatego tym bardziej - dbajmy o siebie, dbajmy o innych, bawmy się życiem, cieszmy się chwilą i jak najczęściej róbmy to na co mamy ochotę (nawet jeśli to ochota na leżenie i nicnierobienie). Robienie czegoś wbrew sobie, w dużej ilości, kiedyś w końcu skutecznie pozbawi nas wszelkiej radości z życia - i co nam wtedy z bycia takim hop do przodu?
Bądźmy odważni, podejmujmy się wyzwań, ale nie oczekujmy od siebie zbyt wiele - nie każdy opuszczając strefę komfortu musi od razu znaleźć się w kosmosie.
No i coś czego ja jeszcze nie potrafię - bądźmy cierpliwi stawiając małe kroki. One też do czegoś prowadzą.

Pięknych Świąt i całej masy małych i wielkich szczęść w 2018!




niedziela, 10 grudnia 2017

Tres chicas in South America

- Kurwa. To niemożliwe, to nie mogło się wydarzyć.
- Fuck, ten lot był o 1:30 W NOCY!!!

No więc niemożliwe stało się możliwe - przegapiłyśmy lot i zaczynamy tę podróż od wiązanki przekleństw na barcelońskim lotnisku. Pani z linii lotniczych Iberia, która oznajmiła nam przy okienku, że takiego lotu do Buenos Aires nie ma, nie należała do ludzi szczególnie uprzejmych, ale z drugiej strony ciężko być miłym dla trzech dziewczyn, które nie ogarnęły że lot jest o 1:30, a nie o 13:30. Wiadomo – ciężko być miłym dla idiotów. 


Dzień wcześniej jedną z nas coś tknęło, żeby może jednak odprawić się online, ale dwie pozostałe skutecznie ten pomysł zignorowały sącząc leniwie whisky z colą. Jak kiedyś pomyślicie, że jesteście w pełni ogarnięci, odpowiedzialni i zorganizowani... To życzę Wam żebyście nie skończyli tak rozczarowani jak my. Ja też myślałam że nie jest ze mną źle, w zasadzie to jest bardzo dobrze - miewam fakapy tu i tam, ale mimo wszystko rozsądna ze mnie dziewczyna. Chyba wszystkie mocno przeceniłyśmy swoje ogarnięcie, albo może do podróżowania zaczęłyśmy podchodzić za bardzo 'na pewniaka'. Klaudii siostra z resztą słusznie zauważyła - 'tyle lat taniego podróżowania, że teraz macie!'. A no mamy, mamy... Lekcję pokory i minus 5 tysięcy złotych na koncie.

To nie była łatwa decyzja. A może właściwie była łatwa? Kiedy dotarło już do nas co się stało, zaczęłyśmy krążyć po lotnisku El Prat i szukać opcji. W końcu przed nami długi urlop, nie wrócimy z Barcelony do Polski, po to żeby wyobrażać sobie jakby to było fajnie w Ameryce... Niestety co okienko, to kolejna zła wiadomość. Żadnych lotów w cenie last minute, kolejny lot Iberią do Buenos za 3000 euro. EURO czaicie. Tu nawet nie było nad czym się zastanawiać, ale w razie czego poprosiłyśmy Panią żeby nie anulowała nam lotu powrotnego. Mimo tego, że wszystkie znaki na niebie mówiły, że to koniec i że tu w Barcelonie kończy się nasza wyprawa. Widziałam nas już gdzieś w domku w górach, gdzieś w Bieszczadach może, odizolowane od świata zewnętrznego, z winem, z kocami, przy kominku. Tonąc z rozpaczy i z zażenowania we własnym tylko towarzystwie. Dziewczyny na domek w górach od razu powiedziały stanowcze 'nie', no więc dalej biegałyśmy od stanowiska jednych linii lotniczych do kolejnych, pytając o tanie loty, a najlepiej o jakieś połączenia do Buenos Aires. Koniec końców, w Aeorolineas Argentinas kupiłyśmy bilet za 1200 euro. Czy jakoś tak. Nie chce pamiętać tej kwoty, nie wiem czy kiedykolwiek za coś tyle zapłaciłam, prawdopodobnie nie. No na pewno nie za bilet lotniczy w jedną stronę.

 

Kupno tego biletu było oczywiście poprzedzone wielogodzinnymi problemami, miły Pan z okienka już nas dobrze rozpoznawał i na pewno nie myślał, że jesteśmy normalne. Największym wyzwaniem było zwiększyć limit kredytu na karcie Klaudii. I co?! Sukces! Wkurwiona jak nie wiem co, bo tyle zamieszania, no i te emocje i cała ta sytuacja... Ale ogarnęła! Bilety kupione, lecimy następnego dnia!

W zasadzie w tym momencie zaczyna nas ta sytuacja lekko śmieszyć. Lekko, bo lekko, ale zawsze coś. W sumie jak tu nie śmiać się przez łzy z tego, że z własnej głupoty przegapiłyśmy wyczekiwany od miesięcy lot do Buenos Aires. Jeśli możemy się z ludźmi dzielić jakąkolwiek wiedzą o podróżowaniu, to na pewno należałoby zacząć od tego jak kupić bilety w dwie strony do Argentyny za 1300zł, po czym stracić cztery razy więcej na bilecie w jedną stronę. Hehe.

Zostajemy jeszcze jedną noc w Barcelonie. Jest nam wstyd, czujemy się podle i nie mamy ochoty na interakcję z innymi ludźmi. Przeżuwamy kanapki w Montaditos, dziewczynom jest już ewidentnie trochę lepię, a ja pamiętam że wtedy przeżywam największy kryzys - piję Sangrie niczym oranżadę i myślę o tej kwocie, której nawet nie mam na koncie. Pijemy kolejną Sangrię i idziemy na spacer w stronę portu, gdzie bezsilnie opadamy na ławkę i kontemplujemy tragizm sytuacji. Kurde, dlaczego zawsze muszę uczyć się na błędach. Czasem ogromnych, czasem mniejszych, ale zawsze swoich, nigdy na czyiś. Siedząc w porcie, zawieramy pakt, żeby nie przyznawać się ludziom do tej całej sytuacji, no bo przecież taki wstyd. Jednak jak już do nas dociera, że to przecież tylko kasa, a koniec końców zaraz wylądujemy w Ameryce Południowej... Pakt łamiemy. Chyba ja byłam pierwsza - naprawdę mam szczerą nadzieję, że ktoś z tego fakapu wyciągnie coś dla siebie!

Następnego dnia, tym razem na czas stawiamy się na lotnisku i czeka nas 14 godzin lotu do Buenos Aires. Jaramy się wizją tak długiego lotu i ekranikiem zamontowanym na fotelu z przodu. No i jeszcze ekscytujemy się posiłkami, które dostajemy na pokładzie - prawdziwe Grażyny w podróży.

W Argentynie lądujemy około 4:00 w nocy i natychmiast kierujemy się w stronę hostelu. Za busika biorą 200 pesos, jeszcze nie ogarniamy waluty, więc bierzemy co jest bez większego namysłu. W busie już trzy osoby ostrzegają nas mówiąc, że w Buenos Aires jest bardzo niebezpieczne. Niezbyt pozytywny początek... Ciemno cholernie, kierowca zostawia nas gdzieś przy głównej ulicy, z której mamy się kierować w boczną - Mexico. Mylimy strony, także już pierwszej nocy robimy sobie uroczy spacer po mrocznych zakamarkach Buenos, po 14 godzinach lotu, z ciążącymi plecakami, próbując nie oglądać się zbytnio na boki, co by oszczędzić sobie widoku opuszczonych budynków i ruin o tej porze. Koniec końców docieramy do hostelu, który z całego serca mogłybyśmy każdemu polecić - Sabatico. Typowo backpackerski, w fajnym, totalnie niehipsterskim klimacie. 


Jestem przeszczęśliwa z możliwości zdjęcia w końcu plecaka, no i oczywiście z powodu prysznica, ale to nie jest jeszcze moment, w którym pomyślałam - 'cholera, warto było'. To jeszcze jest taki moment otłumanienia, niby się cieszysz, ale do końca nie wierzysz, plus ta niesprzyjająca aura - zimno, mroczno, deszcz pada... Nie do końca tak to sobie wyobrażałam. Czekamy aż zrobi się jasno, jemy w hostelu śniadanie i wychodzimy na miasto. Saszeta z dokumentami i kasą zawieszoną na szyi, aparat w torbie - dziarsko zmierzamy w kierunku Obelisku (nie rozumiem zbytnio idei tego monumentu) i ulicy Florida, gdzie najbezpieczniej wymienić dolary na argentyńskie pesos. W planie na te pierwsze dni w Buenos Aires mamy również cmentarz Recoleta, gdzie znajdują się groby argentyńskich ważniaków i Plaza Mayo gdzie w 1810 roku miała miejsce majowa rewolucja, która doprowadziła do niepodległości Argentyny. No i jeszcze koniecznie wizyta w jednej z najpiękniejszych bibliotek świata, mieszczącej się w starym teatrze - El Ateneo. Kiedy tak chodzimy po mieście, w końcu wyciągam aparat, bo zaczynam powoli czuć ten klimat. Klik. Na podglądzie widzę czarny ekran z czerwonym paskiem. Klik. Znowu. Klik. Kurwa.

Od momentu w którym zepsuł mi się aparat codziennie spodziewam się jakiejś małej katastrofy. W zasadzie w pewnym momencie podróży to już mi nawet nie robi - jestem gotowa na wszystko. Byleby nam tylko paszportów nie ukradli, kasy lepiej też nie bo żadnego zabezpieczenia na koncie nie mamy. 



Mniejsze i większe problemy spadają na nas początkowo codziennie, ale nie przejmujemy się nimi zbytnio. O tym co złe szybko się zapomina, za to o tym co dobre można gadać godzinami. Buenos Aires w tych dniach nas nie zachwyca. Ogromne miasto, różniące się od europejskich miast, ale jeśli chodzi o pierwsze wrażenie – nie porywa. Chyba najbardziej ucieszyła nas wtedy yerba mate, no bo wypić yerbę a Argentynie to tak jak zjeść pierogi w Polsce. Szaleństwo. Po paru pierwszych dniach, kupujemy bilety autobusowe na północ Argentyny, do Puerto Iguazu skąd kierować będziemy kierować się do Brazylii. Dopiero za 2 tygodnie wrócimy do Buenos i będziemy miały jeszcze chwilę na dalsze eksplorowanie miasta. 


 
Wypasionym autokarem, w którym siedzenia w tańszej wersji rozkładają się do 140 stopni, a w droższej, tej ekskluzywnej - do 160 stopni, docieramy do Puerto Iguazu. Pobyt tutaj to przede wszystkim najgorszy hostel w jakimkolwiek spałyśmy. Taka melina, że szkoda słów, ale za to jaka niska cena. Żadne z nas księżniczki w takich sprawach, ale Klaudia z przerażeniem oznajmia, że choćby dla naszego zdrowia poszuka jakiegoś innego noclegu w tej okolicy. No a że miejscowość mała, zbyt dużego wyboru nie było. Zostajemy więc na dwie noce w tej obskurnej melinie, gdzie znieczulamy się mocnym alkoholem, żeby jakoś zasnąć. Nie wiadomo czy prysznic lepiej brać, czy nie, bo istnieje duże ryzyko że po wyjściu z tej łazienki, człowiek jest brudniejszy niż przed prysznicem. Rano dostajemy porcję suchego chleba, kawę i obowiązkowo - Dulce de Leche. Te pyszności spożywamy na tarasie, obserwując palmy i wschodzące słońce, po czym ruszamy zobaczyć jeden z cudów świata - wodospady Iguazu. 







Nie wiem czy jeszcze kiedykolwiek będzie mi dane widzieć coś tak zapierającego dech w piersiach. Hipnotyzujący widok wodospadów, odgłos przelewającej się wody, spacer po dżungli i bliskość czegoś tak potężnego jak dzika natura - to ten moment [podróży na który czekałam. Moment w którym zdałam sobie sprawę z tego, że to wszystko jest warte każdego trudu naszej podróży. Najlepiej wspominam tę chwilę, kiedy stoimy w trójkę nad tak zwanym "Gardłem Diabła", gapimy się w ten ogrom przelewającej się wody, której bryza leci nam na twarz, Kasia ryczy, a nam z Klaudią chyba po prostu mowę odjęło. Tak, to ewidentnie były te momenty nad wodospadami, kiedy już wiedziałam, że podjęłyśmy najlepszą decyzję z możliwych. Zamiast pożreć się ze złości na tym lotnisku w Barcelonie, zawzięłyśmy się i zrobiłyśmy wszystko żeby mimo wszystko kontynuować tę podróż. To wszystko pozwoliło doceniać nam każdą chwilę tej podróży jeszcze mocniej. Ah, that was deep.




Kolejnego dnia przekraczamy argentyńsko-brazylijską granicę i jedziemy lokalnymi autobusami do Foz de Iguacu, skąd mamy już łatwy dostęp do wodospadów po stronie brazylijskiej. Zależało nam na tym, żeby zobaczyć dwie strony, dlatego że wyczytałyśmy że po stronie argentyńskiej można pospacerować między wodospadami i przyjrzeć im się z bliska, natomiast z brazylijskiej widać całą panoramę. Możemy potwierdzić, że będąc tam zdecydowanie warto poświęcić czas na obydwie strony. Magia, naprawdę! Ani słowa, ani zdjęcia nie są w stanie tego odzwierciedlić. Oprócz wodospadów, w Foz de Iguacu upodobałyśmy sobie również jedną knajpkę, taki brazylijski bar mleczny, w którym proces kupowania żarcia był tak skomplikowany, że musiałabym go rozpisać w 50 punktach. Temat jedzenia w takiej podróży to w ogóle ciekawa sprawa. Szczęśliwi są Ci, którym żeby przetrwać wystarczy baton, albo ciastko (Klaudia). Nieszczęśliwi są Ci, którzy potrzebują ciepłego posiłku raz dziennie (ja i Kasia). Nie jest łatwo z tymi posiłkami, bo nie dość że kosztują, to jeszcze czasem po prostu nie ma kiedy czegoś porządniejszego zjeść. Pamiętam ten kryzys jedzeniowy, który nastąpił w Foz - nawet pokłóciłyśmy się lekko z tego powodu, bo była presja czasu żeby zdążyć na autobus, a ja z Kasią umierałyśmy z głodu. Na szczęście jemy w biegu i to co widzicie na zdjęciu poniżej to była najlepsza potrawa świata w tamtym momencie. 
'Azja Express'


To w Foz de Iguacu zaczęły nas dziwić niektóre fuchy, ale okazało się, że pan od otwierania drzwi w barze mlecznym, albo siedząca na ulicy pani 'reklama' to dopiero początek zdziwień. Ciąg dalszy był w Rio de Janeiro - pan od otwierania bramy przed wejściem do budynku ('Remember, between 2-3pm that guy has a break, so you might use the key'), pani od pakowania i inna pani od kasowania w sklepie z pamiątkami, pani w autobusie od tego, żeby powiedzieć że biletu u niej się nie kupuje, ale za to w miejscu docelowym go kupimy... I cała masa takich absurdalnych zajęć. Kojarzycie to zdjęcie, na którym widać znudzonego ratownika pilnującego olimpijczyków na Igrzyskach w Rio? Mieli tam też inne dziwne role jak na przykład rozdawacz prezerwatyw, co by zapewnić Olimpijczykom bezpieczny seks, czy cały tłum ludzi z narysowanymi na szatach strzałkami, którzy pełnili funkcję drogowskazów. W każdym razie teraz już mnie to aż tak nie dziwi, bo w Brazylii na każdym kroku znajdzie się ktoś wykonujący absurdalny zawód. A tak baj de łej, że ten znudzony ratownik siedział na zawodach pływackich nie było ich kaprysem, tylko jest to uwarunkowane prawem jakie obowiązuje w Brazylii. Zgodnie z ustawą na każdym publicznym basenie o wymiarach większych niż 6x6 metrów, w którym pływają ludzie, musi być obecny ratownik i choć organizatorzy na pewno woleli takich absurdów uniknąć - najzwyczajniej na świecie nie mieli takiej możliwości. 


W hostelu w Foz de Iguacu zostawiamy nasze duże plecaki i z małym bagażem podręcznym, w środku nocy, jedziemy na lotnisko. Nie jesteśmy już takimi optymistkami jeśli chodzi o ten lot, cały czas upominamy się nawzajem, żeby nie cieszyć się z tego Rio tak szybko, bo to się jeszcze może źle skończyć. No i było o włos od kolejnego rozczarowania. Najpierw problem przy self check-inie, potem okazało się że potrzebna jest karta na którą została zrobiona rezerwacja, no a karta została na dnie dużego plecaka w hostelu. Jesteśmy blisko kolejnej rozpaczy, ale na szczęście pomaga nam jeden przemiły pracownik brazylijskich linii lotniczych i to dzięki niemu możemy lecieć. Kasia w tych emocjach drze przez przypadek kartę pokładową, ale dostaje drugą. Na lotnisku odsypiamy.

Lądujemy w Rio! Nie wierzę, że to się dzieje naprawdę. Nie powiem co dzieje się z Klaudii okularami przeciwsłonecznymi na tym lotnisku, mnie to bardzo rozśmieszyło, ale nie będę tu wszystkich takich historii przytaczać, bo po pierwsze miejsca nie starczyłoby, a po drugie - może Klaudia nie chciałaby, żeby publicznie pisać o tym, że oksy jej wpadły to toalety (hehehehehehe). Moment lądowania w Rio to była czysta radość, potem chyba przyszło zmęczenie przez co miałyśmy spięcia, bo znowu tyle ogarniania przed nami, a nikt nie miał na to siły. Zazwyczaj kłóciłyśmy się z jakiś najgłupszych powodów, albo właśnie ze zmęczenia.  

Stoi przed nami kilka autobusów i za cholerę nie wiemy którym dojedziemy do centrum, a nikt nas nie rozumie, podejmujemy więc decyzję, że wsiadamy do jednego z nich, mając nadzieję, że gdzieś dojedziemy i nie będą to obrzeża miasta. W autobusie pomaga nam jeden chłopak, który wypytał kierowcę gdzie powinnyśmy wysiąść, po czym wysiada z nami i proponuje dalszą pomoc, nawet pyta o wspólne zjedzenie czegoś i zwiedzanie. Czujemy się jednak zbyt zmęczone i totalnie niegotowe na kontynuowanie tej miłej pogawędki, prosimy go więc tylko o pokazanie nam stacji metra i dalej radzimy sobie same, choć co chwilę ktoś pyta czy w czymś nie pomóc. Tyle nasłuchałyśmy się o tym niebezpiecznym Rio, a tu tak sympatyczne pierwsze wrażenia - młody chłopak oferuje pomoc na stacji metra, bo wyglądamy na zagubione, a starszy pan pomaga nam kupić bilety, bo nie możemy się z nikim tutaj dogadać. Już mi się tutaj podoba, tak niesamowicie otwarci i pomocni ludzie jakimi są Brazylijczycy czynią ten świat lepszym miejscem.

Dojeżdżamy do nieco bardziej luksusowej okolicy Rio i z racji tego, że dopiero za 2 godziny możemy odebrać mieszkanie, które wynajmujemy z airbnb, kierujemy się najpierw na dobre śniadanie. Rozmawiamy ze starszym panem siedzącym przy stoliku obok i ta scena wydaje mi się wręcz filmowa. Pan co chwilę z kimś się wita, co świadczy o tym że jest rozpoznawalny na swojej dzielni, widać też, że dobrze zna się z właścicielem tej kawiarni, bo rozmawiają jak starzy dobrzy przyjaciele. Ten starszy pan pewnie codziennie przychodzi tu na kawę, papierosa i poranną prasówkę. Za rogiem jest plaża Copacabana i już stąd słyszymy fale. Chce mi się płakać ze szczęścia na widok oceanu. Rozkładamy pareo i biegniemy do wody. To jest jedna z tych chwil dla których się żyje. Strasznie lubię nas z tego zdjęcia poniżej, bo choć jesteśmy zmęczone po podróży, nieumyte i saute to uważam, że wyglądamy na nim hiper pięknie - tak cholernie szczęśliwie.


Czekałyśmy na tę chwilę relaksu jaki spotyka nas w Rio de Janeiro. Mieszkamy 5 minut od Copacabany, mamy mieszkanie, swoją łazienkę i w końcu pralkę. Spotkały nas tu luksusy i to za tak niską cenę! W Rio zdecydowanie mniej czasu poświęcamy na szalone zwiedzanie miasta, staramy się je jednak poznać na swój sposób. Z atrakcji turystycznych wjeżdżamy na Głowę Cukru, skąd rozciąga się przepiękny widok na całe Rio. To akurat trzeba zobaczyć będąc w miejscu, które jest jednym z najpiękniej położonych miast na świecie. Odpuszczamy wjazd pod pomnik Chrystusa i choć to trochę tak jakby będąc w Paryżu, pominąć wejście na wieżę Eiffla, wcale się tym nie przejmujemy. Duuuużo jednak chodzimy, zapuszczamy się w nieco mniej turystyczne rejony miasta i czujemy, że jesteśmy w kraju skrajności i ogromnych nierówności majątkowych. Oprócz długich spacerów, leżenia na plaży, kąpania się w oceanie i picia hektolitrów Capirinhas, w Rio de Janeiro udaje mi się też surfować - nigdy nawet nie marzyłam o surfingu w Brazylii!!! Jest nam niesamowicie dobrze tutaj. W końcu odpoczywamy, zatrzymujemy się gdzieś na dłuższą chwilę, znajdujemy czas na to, żeby po prostu nacieszyć się tą podróżą. 








Któregoś wieczoru, kiedy siedzimy na Copacabanie pijąc whisky z colą, dosiadają się do nas trzej chłopcy. Nie do końca wiemy czego od nas chcą, ale siadają i widać, że mają zamiar zostać z nami dłuższą chwilę. Mówią do nas po portugalsku, my odpowiadamy po angielsku, Klaudia używa paru słów po hiszpańsku i jakoś się dogadujemy. Mają 16-18 lat, wychwalają działanie marihuany, śpiewają brazylijskie piosenki z karnawału, jeden wyznaje miłość Klaudii, a my z Kasią nie możemy przestać się śmiać. Sytuacja jest nieco dziwna, ale rozmawiamy, każdy po swojemu, jak starzy znajomi. Potem do nas dociera, że żaden z nich nie ma butów, są wychudzeni i jeden z nich jest ewidentnie pod wpływem czegoś mocniejszego niż marihuana. To spotkanie z chłopcami ze slumsów to jedno z najbardziej poruszających przeżyć w tej podróży. Wracamy do mieszkania i nie mogę zasnąć, bo myślę o tych chłopakach i o ich rzeczywistości, która jest tak bardzo odmienna od tej, w której my żyjemy. O tym jakie to niesprawiedliwe, że są tacy co mają willę z basenem i sryliardy na koncie, i są dzieci których rodzice nie mają ani na jedzenie, ani na buty. Czytamy o tym, oglądamy wiadomości, zewsząd docierają do nas informacje o tym innym świecie, ale dopóki tego nie zobaczymy na własne oczy, to traktujemy to jako coś bardzo odległego, nie dotyczącego ani nas, ani naszych najbliższych. A jakby nie było, wszyscy dzielimy tę samą planetę - żyjemy na niej nie umiejąc zadbać o siebie nawzajem. Świata nie zbawimy, ale gdyby tak z większą wyrozumiałością spojrzeć na drugiego człowieka...


To jest temat, który strasznie mnie boli i o którym mogłabym napisać bardzo wiele, ale wracając do podróży... Kończymy pobyt w Rio de Janeiro spłukane z brazylijskich reali do tego stopnia, że nie mamy na piwo ostatniego wieczoru. Czas wracać na jedną noc do Foz de Iguacu, gdzie czekają na nas plecaki, a potem przekroczyć granicę brazylijsko-argentyńską, żeby móc przerzucić się na wydawanie argentyńskich pesos, które jeszcze nam zostały. Przekroczenie granicy znowu wiąże się z długim oczekiwaniem na jakikolwiek środek transportu, który pozwoli nam dostać się do Puerto Iguazu skąd mamy autobus do Buenos Aires. W Puerto mam fizyczny zjazd. Mam wszystkiego dosyć, czuję się okropnie, jest obrzydliwie duszno, zasypiam na dworcowej ławce, nie martwiąc się nawet deszczem, który w końcu spadł. Dziewczyny w tym czasie idą na spacer po miejscowości i kupują Yerbę, ale nawet nie mam siły im zazdrościć.W autokarze przez 17 godzin śpię jak zabita na jednym z tych zajebiście wygodnych foteli rozkładających się do uwaga, uwaga - 160 stopni! Kupiłyśmy lepsze miejsca, bo były akurat w promocji więc czujemy się jak królowe. Pan stewardes ubrany w profesjonalny fartuszek roznosi posiłki, rozlewa winko, pepsi, mirindę, kawę, herbatę, sok... Czego tylko dusza zapragnie. W środku nocy zaś, jacyś inni panowie wbijają w trakcie postoju na szybkie zamiatanie korytarza, sprzątnięcie kibla i rozdanie pasażerom śpiącym na fotelach 160 stopni, śmierdzących poduszek i kocyków (wielokrotnego rozdania) z logo firmy. Jest coś uroczego w tej argentyńskiej prowizorce. Nasuwa mi się tutaj metafora odnośnie tego co nas w tej podróży spotyka - ludzie tutaj nie mają zbyt wiele, ale bardzo dużo dają od siebie. Chcą żeby każdemu było jak najlepiej i chętnie dzielą się tym co mają.






Po tej podróży autokarem czuję się jak nowonarodzona. W przeciwieństwie do dziewczyn, które w ogóle nie mogły zasnąć. Wracamy do tego samego hostelu, w którym byłyśmy wcześniej - Sabatico. Przez nami parę ostatnich dni podróży i korzystamy jak możemy. Zostały nam te ciekawsze rzeczy do zrobienia w Buenos - przede wszystkim kolorowa La Boca i ku mojej ogromnej uciesze - uliczne tango. Nie mogę się nacieszyć tym tangiem tańczonym na ulicach przez wszystkie pokolenia. Tyle w tym prawdy, namiętności, pasji, że robi mi się nieco smutno na wspomnienie mojej wieloletniej przygody z tańcem. Tyle lat trenowania, tyle lat przebywania w sztucznym, nadmuchanym świecie drogich sukienek, dżetów Swarovskiego i wypchanych biustów, dopiero w Buenos Aires widzę czym jest prawdziwy taniec i mocno mnie to uderza. 

 
Jednego wieczoru siedząc na Plaza Dorrego w artystycznej dzielnicy San Telmo, obserwując milonga, wypijamy za dużo wina co kończy się moim okropnym stanem następnego dnia, kiedy płyniemy akurat statkiem do Urugwaju. Kac morderca zawsze musi się pojawić w najmniej odpowiednich okolicznościach. Połowę tej jednodniowej wycieczki do Colonii umieram. Jestem jak zjawa, nawet nie jestem w stanie się odezwać, bo mam ochotę zwymiotować. Do tej pory nie wiem jak udało mi się przeżyć podróż tym statkiem. Odpuszczamy intensywne zwiedzanie tego urokliwego miasteczka, kładziemy się za to pod palmami i z takim widokiem jak poniżej leżymy. Nie wiem ile godzin tak przeleżałyśmy, ale w sumie to jedyne co robiłyśmy w Colonii. Tak zapamiętam tę wycieczkę:




Nie opisuję dokładnie ostatnich dni w Buenos Aires, choć tym razem to miasto zaczyna nas pochłaniać i wcale nie chce nam się go opuszczać. W ogóle nie chce nam się kończyć tej podróży. Z jednej strony cieszymy się na luksusy czekające nas w domu, czyli ciepły prysznic, łóżko, czy na możliwość ugotowania obiadu, ale w gruncie rzeczy wiemy, że zaraz mocno zatęsknimy za tym intensywnym życiem w drodze. Za każdym z tych wyzwań, którym musiałyśmy sprostać podczas ostatnich tygodni, za poczuciem beztroski, za radością z najmniejszych rzeczy, za rozmową z drugim człowiekiem... Za szczęściem w wymiarze, którego nie jesteśmy w stanie doświadczyć będąc w domu.




Ta podróż to cała masa najpiękniejszych momentów jakich w życiu doświadczyłam i cieszę się, że mogłam tego wszystkiego doświadczyć w towarzystwie tych dwóch dam, z którymi przypadkowo zaprzyjaźniłyśmy się 5 lat temu. Poczucie bycia w tym wszystkim razem i pewność, że w każdej sytuacji możemy na siebie liczyć jest czymś absolutnie najsuperowszym. Takie towarzystwo w życiu, i w podróży to prawdziwy skarb!


Nasza pierwsza tak odległa dziewczyńska podróż za nami, ale to dopiero początek - tyle jeszcze świata przed nami...